Jump to content

Wade1051

Użytkownik
  • Posts

    81
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Wade1051

  1. Dzień dobry! Od "Guacamole", jak zwykłem żartobliwie nazywać projekt naszych kolegów z mazowieckiego ash, minęło już nieco czasu. Najwyższa więc pora, abym i ja wrzucił swoje przemyślenia. Zacznę od podsumowania zadań zespołu amerykańskiego, następnie przejdę do krótkiego opisu mojej perspektywy, kończąc uwagami. Nasze cele przedstawiały się następująco ( numeracja zgodna z kopertami które otrzymałem, a w których niniejsze zadania się znajdowały) : Rozkaz nr 1 - Wyruszyć z miejsca lądowania drogą XYZ - Zabezpieczyć lotnisko Henderson Field i jego okolice Rozkaz nr 2 - Wyruszyć do Tenaru outpost - Umocnić się w ww punkcie - Utrzymać się w ww punkcie - Po stracie punktu wycofać się na pozycję Hill 123 i przygotować tam umocnienia Rozkaz nr 3 - Zająć pozycje obronne na pozycji Hill 123 - Obronić pozycję - W przypadku utraty pozycji wycofać się na Henderson Field i przygotować je do obrony Rozkaz nr 4 - Utrzymać lotnisko Henderson Field Do otwarcia Rozkazu nr 5 nie doszło, ze względu na zakończenie gry. Mieliśmy również Rozkaz dodatkowy, związany ze zdobyciem armaty, amunicji do tejże oraz przygotowaniem działa do boju. Wisienkę na torcie stanowiło brzoskwiniowe Zadanie specjalne, nawiązujące do serialu Pacyfik. Większość zadań wykonaliśmy, choć połowicznie ( wyjątek stanowią Rozkaz nr 1, Rozkazy dodatkowe i Rozkaz specjalny). Udawało nam się bowiem osiągać wskazane pozycje, nie byliśmy jednak w stanie ich obronić. Kwestią dyskusyjną jest wynik Rozkazu nr 4, bo japończycy lotnisko zajęli, ale wszyscy zginęli. Można więc założyć, iż gdyby gra potrwała te 10 min dłużej, udałoby się nam je odbić, gdyż wciąż utrzymywali się nań żywi obrońcy, a sanitariusz był w trakcie opatrywania tych, którzy odnieśli rany. Co za tym idzie, zniwelowanie japońskiego sukcesu i wykonanie nieotwartego Rozkazu nr 5, było nie tylko realne, ale wręcz wysoce prawdopodobne. Jako dowódca, narzuciłem stronie amerykańskiej strukturę organizacyjną, zwyczajowo dzieląc nas na dwie drużyny uderzeniowe, oraz drużynę dowodzenia/wsparcia. Każda drużyna miała swojego podoficera o dużej swobodzie działania. Niestety, przez wzgląd na straty niebojowe, oraz ubytki w sprzęcie, mój plan nieco ucierpiał, ale powyższego podziału mniej więcej trzymaliśmy się do końca gry. Starałem się, jak to mam w zwyczaju, rozporządzać podległymi siłami dosyć ostrożnie, chcąc uniknąć „głupich strat”. Spodziewałem się bowiem pułapek i innych niespodzianek, pozostawionych przez „cesarskich” - wielka szkoda, że takowych nie uświadczyłem, bo Japończycy wyskakujący z krzaków i trzymanie nas w ciągłym napięciu, to doświadczenia na które jarałem się myśląc o tej grze. W każdym razie, poruszaliśmy się ostrożnie, zabezpieczaliśmy każdy skrawek terenu, w którym przyszło nam przycupnąć, a saper nieustannie miał ręce pełne roboty. Z kolei zajmując pozycje obronne zdawaliśmy sobie sprawę z możliwości dokonania na nas głębokiego okrążenia, jednak na tych etapach gry mogliśmy albo skomasować swoje siły w konkretnym punkcie, albo rozrzucić się po krzakach i improwizować. Wybrałem to pierwsze, zlecając podoficerom ewentualne korekty w pozycjach obronnych. Niestety, z armaty strzeliliśmy tylko raz - testowo. Przy próbie użycia jej w boju, ta eksplodowała, stając się niezdatną do użycia. Nie mam zamiaru bawić się w złośliwości, czy umniejszanie czyjegokolwiek sukcesu, ale w żadnym wypadku nie pozostawię bez słowa prób zesromocenia moich dzielnych chłopców. Dlatego pragnę zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, wspomniana już liczba graczy i awarie replik skutecznie ograniczyły nasze możliwości bojowe, nad czym ubolewam. Siła ognia którą dysponowaliśmy była tak żałośnie niewielka, iż dziwiłem się kilkukrotnie, jakim cudem japońskie ataki mogą się odbijać od jednej osoby uzbrojonej najczęściej w czterotakt. Po drugie, podśmiechujki z Amerykanów którzy „potrzebowali więcej czasu” też prosiłbym sobie odpuścić. Scenariusz nie zakładał, że mamy „przebiec” przez mapę, tylko zabezpieczać poszczególne punkty - wylądowaliśmy na wrogim terytorium i poruszaliśmy się zgodnie ze sztuką. Zespół US i tak miał bardzo mało przerw i czasu wolnego. Chłopaki z poświęceniem wykonywali rozkazy, kopali i biegali, większość czasu będąc „in game”. Nie mieliśmy przestrzeni na opowiadanie sobie bajek, jedzenie, czy oglądanie zdjęć dziewcząt podczas warty w okopach. Nie wspominając już o tym, iż zadania tak czy inaczej zakładały w najlepszym wypadku odwrót z poszczególnych punktów. Co się tyczy uwag, o których wspominałem (wszystko już z orgami przegadałem, ale wrzucę tutaj, by zachowało się dla potomnych) to mam jedynie pięć : 1) Na przyszłość sugeruję zaznaczenie kolejności otwierania kopert z rozkazami, albo określenie w inny sposób, kiedy mamy wydobywać ich zawartość, jeśli nie wynika to z treści poprzedniego lub któregokolwiek zadania. 2) Przydałoby się więcej drogowskazów oraz innych (najlepiej oświetlonych) punktów orientacyjnych, dzięki którym gracze łatwiej mogliby określić gdzie są, oraz jak dotrzeć do konkretnych punktów. Zwłaszcza w nocy. 3) Prosiłbym o zmodyfikowanie zasad dotyczących tracerów na replikach - pistolet z lufą prawie jak w M1 Carbine i dwa razy takim magazynkiem nie powinien być wytrychem do grania bez markera wystrzału. 4) Bardzo bym chciał, aby na kolejnych grach nocnych, obowiązywały jakieś zasady przemieszczania się na respa. Fajnie jest robić szerokie okrążenia i flankować przeciwnika, ale skoro się na coś takiego decydujecie, to na respa wracajcie drogą, którą przyszliście. Uważam za bardzo niemiłe nieporozumienie, aby na grze nocnej, na której dosyć istotną rolę spełnia tzw "mgła wojny", osoby, które takiego flankowania dokonały, drogę powrotną na respa wytyczyły przez pozycje obronne nieprzyjaciela, nieśpiesznie spacerując sobie obok nich z czerwoną lampką ( albo i bez, bo taka sytuacja też miała miejsce) i szukały przejścia między zasiekami. Zaobserwowałem trzy przypadki takiego zachowania, czwartego nie jestem pewien. 5) Na grach które zaczynają się przed zachodem słońca, prosiłbym jednak o wyraźny i jednoznaczny znak-sygnał od orgów, wzywający do założenia i/lub uruchomienia tracerów. Odniosłem wrażenie że po obydwu stronach zdarzyły się przypadki zapominalskich. Dodam też prośbę, o pochylenie się nad sprawą bangów i walki wręcz - pytałem o to na odprawie i wiem, iż nieco ustaliliśmy, ale ostatecznie chyba nie do wszystkich info dotarło. Kultura gry była raczej nieustannie na wysokim poziomie, kwasów było niewiele, a zachowanie graczy wzorowe. Choć muszę przyznać, że faktycznie : Była to druga sytuacja na grze, gdy otrzymałem dosyć długą serię z relatywnie bliskiej odległości. Całe szczęście, żadna z nich nie skończyła się uszczerbkiem na zdrowiu. Apeluję jednak o rozwagę. Mi też zdarza się puścić nieco więcej kulek w stronę przeciwnika, ale róbmy to świadomie i w granicach rozsądku ;). Samą grę oceniam 7.5/10 ( byłoby 8.5, ale 1 punkt odejmuję za bycie grą nocną, za którymi po prostu nie przepadam, sorki byki :p). Chłopaki się mocno zaangażowali, czułem, że w „Guacamole” jest włożone mnóstwo serducha, a przygotowana przez orgów i Brazyla scenografia, biła na głowę to, co niejednokrotnie widzieliśmy na większych, bardziej rozdmuchanych strzelankach ash. Był samolot na lotnisku, był szperacz, były radia, był japoński obóz i była armata. I te elementy naprawdę robiły robotę! Cieszy także kontynuowanie organizacji gier na Pacyfiku - może temat wreszcie się rozkręci. Na zakończenie, bardzo dziękuję przede wszystkim Karolowi, który grę zorganizował, Hansowi który mu przy tym pomagał, Brazylowi, który również chłopakom asystował i skonstruował także nasze amerykańskie radia, zespołowi amerykańskiemu, który mimo przeciwności losu dzielnie stawał do boju i wykonywał nawet najtrudniejsze moje rozkazy, a także drużynie japońskiej, której serdecznie gratuluję odniesionych sukcesów! Dziękuję też naszej dzielnej Pani fotograf :). Dziękuję za wypowiedź i do następnego, Darek "Johny Wade".
  2. Serwus @tomcajs, witamy na pokładzie :)! Rangersi w środowisku niestety "nieco wymarli", ale kilku jeszcze nas zostało ;). Uzupełniając to, co napisał Cortes, sugerowałbym zacząć od tematu dotyczącego "Operation Watchtower - Guadalcanal 1942" https://wmasg.com/pl/forum/topic/285795-nowy-termin-bwnp-operation-watchtower-guadalcanal-1942-sikory-nad-narwią-89-sierpnia-2026-r To oczywiście Pacyfik, ale tak się składa, że brakuje Amerykanów, a wymogi stylizacyjne są dosyć niskie ;). Pozdrawiam serdecznie, Darek "Johny Wade".
  3. Uwaga AMERYKANIE! Bardzo bym prosił o podanie mi swoich maili w wiadomości prywatnej ;).
  4. Czy przewidziana jest oddzielna funkcja oficera dla US i UK?
  5. Fantastycznie, przede wszystkim tej informacji potrzebowałem. Wiem, że zgodnie z tym, co napisałeś, nie usiedliście jeszcze do zasad i "szczegółów", ale mam kilka pytań i będę wdzięczny za odpowiedzi, bo będą one determinowały udział nie tylko mój, ale i kilku innych osób. Czy zatem te zgłoszenia są już na sztywno honorowane? Bo jeśli tak, chciałbym już zgłosić kilka osób po stronie US. Jakie zasady dla medyków i karabinów maszynowych przewidujecie? Czy BAR będzie strzelał tylko z podparcia? Jak z dopuszczaniem replik STG i ogólnym natężeniem automatów po obu stronach, planujecie wprowadzać jakieś limity? Jak będzie wyglądał "łańcuch dowodzenia" po stronie aliantów? Czy będzie jakiś podział między US i UK? Czy Amerykanie i Brytyjczycy będą mieli oddzielnych oficerów/dowódców, czy dowódca będzie "ogólnoaliancki"?
  6. Dzień dobry! Drodzy koledzy, czy wiadomo już cokolwiek odnośnie gry? Potrzebuję zaplanować urlop, więc byłoby fajnie, gdybyście dali znać, czy "Caen 1944" się odbędzie. I czy faktycznie będzie to "Caen".
  7. Nie będę ukrywał, że w powyższych postach widzę mnóstwo tematów będących w istocie tzw odgrzewanymi kotletami, niemniej jednak, poczuwając się już do pewnej odpowiedzialności, za naszą społeczność, pozwolę sobie na komentarz, bo o ile cześć z tego, co pisali przedmówcy, to realne problemy, o tyle wybrzmiały również tezy nie do końca zgodne z rzeczywistością, a przede wszystkim, po prostu niesprawiedliwe. Nieprawda. Jest 1 (słownie jedna) "oficjalna" grupa airsoftowa na Facebooku, zrzeszająca ludzi zainteresowanych ash w Polsce, na której tak się składa, jestem adminem, a Ty @wish zdaje się moderatorem. Poza wspomnianą grupą, jest jeszcze discord i to tyle. Być może przez mnogość grup, masz na myśli fanpejdże ( np MASH, ASHM, czy ASHP), albo inne grupy airsoftowe, do których akurat Ty należysz, ale to jest zupełnie inna para kaloszy. Tutaj, rozwijając nieco wątek wcześniejszy, a jednocześnie tworząc przyczynek do dalszej części, chciałbym dodać swoje trzy grosze. Z jakiegoś, totalnie niezrozumiałego dla mnie powodu, już od paru lat, cześć naszego zacnego grona w sposób zdecydowany i konsekwentny, demonizuje narzędzia takie jak wspomniany już discord, czy facebook. Jednocześnie, przez te wszystkie lata, usłyszałem dosłownie raz ( co ciekawe, miało to miejsce w ostatni wtorek) merytoryczny argument, który w moim mniemaniu, wskazywał na niższość discorda, względem forum wmasg, a z którym faktycznie ciężko się nie zgodzić. Przez cały ten czas, kontrargumentem przeciwko tym "nowym narzędziom" były raczej czysto subiektywne opinie typu "po co", "nie podoba mi się", "nie lubię", "jest (dla mnie) nieczytelny", "nie umiem (ja) go obsługiwać". Moi drodzy Panowie, czas nie stoi w miejscu. Czy nam się to podoba, czy nie, pewne rozwiązania stają się archaiczne, a w końcu nieskuteczne. ASH, jako sport oparty na Airsofcie, jest sportem kompetytywnym, wymaga graczy, najczęściej podzielonych na (zazwyczaj) dwie drużyny. Mówiąc prościej, bez graczy, nie będzie ASH. A graczy, trzeba w jakiś sposób pozyskiwać. Żaden z nas, nie robi się młodszy, a przez ostatnie lata od ASH odeszło więcej ludzi, niż przyszło nowych. Rozumiem, że komuś może się nie podobać, ale niech przez zapatrzenie w swój punkt widzenia, nie blokuje szans na rozwój naszego środowiska. Tak jak napisał Dominik, niech całe środowisko nie traci, przez blokowanie inicjatyw, przez nielicznych. Tym bardziej, że, chciałbym aby to wybrzmiało bardzo wyraźnie, ŻADEN Z WSPOMNIANYCH KANAŁÓW KOMUNIKACYJNYCH, NIE NEGUJE ISTNIENIA FORUM WMASG I ŻADEN Z NICH, NIE PRÓBUJE GO ZASTĄPIĆ (choć ja akurat nad tym ubolewam, bo wmasga nie znoszę). Wszędzie, zawsze, są odnośniki do forum i jest wyraźnie zaznaczone, że kwatera główna ASH to (niestety) forum wmasg.com. Tak więc, nikt nikogo nie zmusza, do korzystania z "nowych narzędzi", ale ( tutaj trochę odwołuje się do ambicji wszystkich z nas) jeśli ktoś ma aspiracje być, w pewnym sensie, autorytetem w jakimś środowisku, to wiąże się to również, a dla mnie przede wszystkim, z odpowiedzialnością. W naszym wypadku, taką odpowiedzialnością jest "bycie na bieżąco", z tym co się dzieje. Wszystkiego można się nauczyć, do wszystkiego można się przyzwyczaić i nie trzeba tego lubić - warto jednak się zastanowić, czy czasami jednak nie lepiej postawić tego, co obiektywnie lepsze dla większości, ponad to, co jest dla mnie wygodne i mi się podoba. Natomiast jeśli ktoś jest w stanie to robić bez angażowania się w "nowe narzędzia", to ( wybacz Dominiku, ukradnę Ci tekst ;)) be my guest. Z tym się niestety zgadzam i nawet uwypukliłem to ostatnio w temacie "RTCW", Gardzę takim podejściem do sprawy, bo to wyraz braku szacunku do wszystkich ludzi, biorących udział w grze. Mało tego, odgrywając na grach rolę oficera, jeśli jestem świadkiem takich idiotyzmów, zwracam na to uwagę, bo uważam, że dowódca oddziału bierze odpowiedzialność za swoich ludzi, a co za tym idzie, w kwestiach uczciwości jest w pewnym stopniu moderatorem w polu. Niestety, co pokazały ostatnie wydarzenia, oprócz mnie takie podejście ma chyba jedynie Paweł po stronie niemieckiej i Dominik po stronie alianckiej. Reszta ma to po prostu w czterech literach i odgrywa komandosów, co imo totalnie wskazuje na brak kompetencji do bycia ashowym oficerem. To całkowicie rozumiem, chociaż nie do końca się z tym zgadzam. Niestety, choć w życiu prywatnym jestem osobą dosyć punktualną, to w przypadku ASH, z różnych przyczyn, samemu byłem często tym, który się spóźniał i szpejował na ostatni gwizdek, za co biorę odpowiedzialność i wielokrotnie przepraszałem. Natomiast, totalnie nie podzielam braku wyrozumiałości. Panowie, każdy ma życie, każdy jest w innej sytuacji, być może nie każdy może wziąć urlop żeby jechać przez pół Polski i być wcześniej na 6h gry. Oczywiście trzeba stawiać pewne granice, ale znów, bierzcie pod uwagę perspektywę innych, a nie tylko swoją. A jeśli już macie pilnować tej punktualności, to róbcie to KONSEKWENTNIE i wobec wszystkich. W takich sprawach nie ma miejsca na "równych i równiejszych". Zgadzam się. Niestety niesłuchanie odprawy i śmieszkowanie, to jest stały element każdej gry, który warto nieco "przytemperować". Z resztą tego, co Wish napisał w swoim poście się nie spotkałem, więc nie będę tego szerzej komentował, ale wydaje mi się, że to nieco zbyt daleko posunięte wnioski. Np absolutnie nigdy i od nikogo nie usłyszałem tekstów w stronę orga, typu "płacę to wymagam" samemu w życiu nie śmiałbym tak powiedzieć, bo byłoby to po prostu głupie. Kojarzy mi się to z legendarnym już tekstem typu "pojechałem na larp, ale było słabo bo za mało strzelania" który jest często przywoływany, ale jako żywo, nie słyszałem żeby ktokolwiek z mojego otoczenia powiedział tak po jakimkolwiek larpie i do takich wniosków dochodzą chyba tylko konkretne postaci naszego uniwersum... Wish, niestety tutaj się również z Tobą nie zgodzę. Tzn, faktycznie niektóre z komentarzy dotyczących "Monte Cassino" były mniej konstruktywne i zahaczały o dziamanie, ale trafiała się też konstruktywna krytyka i konkretna argumentacja. Z którą ja np się nie do końca zgadzałem, podobnie, jak po prostu nie zgadzam się z negatywnym odbiorem twojej gry, tak nawiasem pisząc. Aczkolwiek nie było mnie tam, więc wartość mojego punktu widzenia jest bardzo ograniczona. I zazwyczaj w przypadku każdej gry, pojawia się przynajmniej jeden, ale zazwyczaj więcej ( bo pragnę zauważyć, co niewielu docenia, że poziom dyskusji na forum mimo wszystko się zwiększył, a same wypowiedzi są raczej merytoryczne, a nie podszyte silnymi emocjami) komentarz, który zawiera konstruktywną krytykę, nie będąc wylewaniem wiadra pomyj na orga i graczy. Natomiast, tak jak napisał Dominik. Jeśli organizator jest głuchy na argumenty, popełnia non stop te same błędy, a podczas samej gry, prowadzi ją dosyć niejednoznacznie i chaotycznie, to jak najbardziej powinien być przygotowany na negatywny odbiór swojego zachowania, przez społeczność. Wielka moc, to wielka odpowiedzialność. Znów, nie było mnie na "BEL", ale przyglądając się temu z boku, uważam, że lwia cześć tej krytyki jest po prostu zasadna. Z tym się zgadzam i również gardzę takim podejściem. Ponownie, odsyłam do mojego komentarza z "RTCW", ale też z "Kresów w czerwieni", lub "Pogranicza w ogniu". Zresztą, rozmawialiśmy też o tym. Z kolei z tym się zgodzić nie mogę. Jest grupa ludzi ( do której, będąc nieskromnym, się zaliczam) która sili się na komentarz, głównie na forum. Powiedziałbym raczej, że graczom nie chce się dokonywać tego wysiłku intelektualnego, bo nie widzą w tym sensu - po co pisać elaborat po grze, skoro nie ma on żadnego wpływu na poprawę przyszłych spotkań? Po co gracz ma się tego podejmować, skoro wartość jego merytorycznych komentarzy, zostanie zrównana z wypowiedzią innego gracza w stylu "Dzieki org za fajna gra, było strzelane hehehe bawilem se dobrze oby wiecej takich". W zeszłym tygodniu niektórzy mogli być świadkami sytuacji, w której dyskusja bogata w argumenty, ale też mnóstwo pytań do orga, została sztucznie zaduszona, bo organizator "się wkur**", co (pozbawiając się w moich oczach jakiegokolwiek autorytetu) radośnie napisał, jednocześnie wraz graczami którzy byli zadowoleni z jego roboty, pozostając głuchym na tekst pisany i argumenty, przekręcając jednak przekaz tych, z którymi łaskawie się zapoznał. To jest test całkowita fikcja. Ranking top 1 nieprawdziwych zdań. Absolutnie nikt, z kim rozmawiałem przez ostatni rok, nie powiedział, że oczekuje prostych gier, o których piszesz. Poza tym, nie mam bladego pojęcia, kiedy powstała i przez kogo została stworzona proteza myślowa, mówiąca że, bitewniaki to nie są rozbudowane gry i polegają na bezsensownej napierdzielance. Większość osób najbardziej ceni rozbudowane gry bitewne, z konkretnym scenariuszem, z konkretnymi celami, z rozmachem i tzw klimatem, takimi jak "Normandia", "O jeden most za daleko", "Plunder", "Linia Arpada", "Arado" czy spotkania z nieco mniejszą skalą, jak "Bataan", "Kreta", "Dieppe", "Budapeszt", lub cykl "Husky". Bardzo doceniane były również gry ASH z elementami larpowania, jak np "Orzeł wylądował". I nie były to proste gry typu "my tu, wy tam i strzelamy". Tak, ludzie chcą bitewniaków, takich jak wyżej wspomniane, bo nie po to się szpejują i idą w ASH, które w założeniach ma być czymś innym niż modernowe "szczelanki", żeby spacerować w nocy po lesie, w drużynach 5x6, bo od takich rzeczy jest rekonstrukcja historyczna, która i tak robi to lepiej. Idą w ASH, bo chcą poczuć klimat ulubionych filmów, takich jak "Szeregowiec Ryan", "O jeden most za daleko", czy seriali "Kompania braci". Chcą pobawić się w to, co widzą w grach, o czym czytają książkach. Do zwykłego strzelania, wystarczy kałach cymki i byle jaki "wojskowy" strój. Choć niestety zgodzę się, że zdecydowanie nie wszyscy mają mental, pozwalający na zbyt rozbudowane gry, wymagające zbyt dużo, co DOBITNIE pokazała gra "RTCW". Ponownie odsyłam do mojego komentarza dotyczącego tejże. Nie będę poruszał tematu mniejszych gier, larpów i patrolówek, dotyczących działań specjalnych na mniejszą skale. Nie jestem fanem, ale uważam, że skoro ludzie się dobrze bawią, to są to potrzebne gry. Orgowie niech też mnie źle nie zrozumieją. NIKT WAS DO NICZEGO NIE ZMUSZA, ani też nikt nie ma wobec Was jakichś specjalnych wymagań. Jeśli nie chcecie robić jakichś gier, tylko robić inne, to jest Wasza sprawa i chwała Wam, że cokolwiek robicie. Natomiast z drugiej strony, trzeba pamiętać, że ASH funkcjonuje dzięki społeczności. I warto czasami pomyśleć, co dla społeczności będzie lepsze, a przynajmniej nie obrażać się, jeśli Wasza wizja, niekoniecznie pokrywa się z tym, czego akurat oczekuje "lud". Na zakończenie, mojego już i tak długiego wywodu, chciałbym zaznaczyć i prosić WSZYSTKICH o dwie rzeczy. Przede wszystkim, bardzo proszę, o nie stawanie okoniem do wszelkich nowych inicjatyw, a jeśli już to robicie, to chociaż zostawiajcie konstruktywny feedback. Zmiany będą, czy to się komuś podoba, czy nie. Można natomiast zrobić tak, aby te zmiany były wprowadzane mądrze i przynosiły pozytywne skutki. Doceńcie, też, że komuś się po prostu chce. Bo postawa typu "to trzeba usiąść i się zastanowić (a potem nic nie robić poza narzekaniem)" jest totalnie nie do przyjęcia, a niestety mamy wśród nas wielu jej wyznawców. Po drugie, pamiętajcie proszę, że tworzymy społeczność. Rozmawiajcie czasami z ludźmi spoza swojej ekipy i rozeznajcie się czasem, co faktycznie myśli reszta środowiska i jakie ma zdanie w różnych tematach. Tworzenie obrazu czegoś, na podstawie "widzi mi się", albo "wydaje mi się" jest straszną ignorancją i nie przyniesie nic dobrego. A przez odbicie od rzeczywistości, będzie produkowało tylko napięcia i niezadowolenie. I po trzecie, Panowie, po prostu się szanujmy i bierzmy odpowiedzialność za to co robimy. Dziękuję za wypowiedź, moje powyższe wypociny proszę potraktować jako komentarz, a nie przyczynek do dalszych debat ( przynajmniej ze mną, tutaj na forum), bowiem nie mam zamiaru podejmować dyskusji i do niej nie zapraszam. Życzę wszystkim miłej niedzieli i pozdrawiam serdecznie! Darek "Johny".
  8. Skoro sprawa ozdrowienia sierżanta Reida została już wyjaśniona, dalszy mój komentarz jest zbędny. Wrzucam natomiast zdjęcia tych manuskryptów, które znalazły się u mnie. Niestety, przy sprzątaniu uległy uszkodzeniom. Still, moim zdaniem jest to złoto.
  9. Przypomniałem sobie jeszcze o jednej sprawie, którą dopiszę jako uzupełnienie, bo jest pośrednio związana z punktem 2 oraz 4 z posta wyżej, choć bardziej z kwestią bezpieczeństwa i fair play. Nie wiem dokładnie, kto znajdował się w namiocie, kiedy podjęliśmy próbę jego bliższej penetracji, choć wydawało mi się, że oprócz jednego/dwóch wartowników był tam naukowiec, oraz niemiecki oficer. O ile wartownicy zostali zneutralizowani dosyć szybko (oczywiście byli spięci i musieli najpierw krzyknąć „kontakt”, bo przecież byli przygotowani na inwazję w sercu Rzeszy), o tyle wejście do namiotu okazało się niemożliwe, częściowo przez chaos, który powstał kiedy się rozbiegliśmy, ale głównie przez bardzo agresywną postawę Niemców w środku namiotu. Strzały które otrzymywaliśmy, padały z bardzo bliska (widziałem dosłownie rękę z pistoletem wystającą z namiotu, która ładuje „dużo kulek” w gościa, oddalonego na wyciągnięcie ręki) i bez opamiętania. Kiedy po chwili przyszło więcej Niemców, zaczęło być jeszcze gęściej - ja sam dostałem dosłownie chmarą kulek w twarz, a kiedy położyłem się żeby zapalić trup lampkę, zaliczyłem następną w hełm. Dodatkowo, mam wątpliwości, co do uczciwości ludzi w namiocie. W pewnym momencie, postaci które w nim przebywały wybiegły na zewnątrz, w jedną z nich ja, i ktoś kto był nieopodal mnie z automatem, wpakowaliśmy po długiej serii w tego jegomościa. Ciężko było mieć wątpliwości, jeśli chodzi o naszą celność, bo mieliśmy naświetlane kulki, których chmara po prostu zmieniła trajektorię lotu, na wspomnianej postaci, odbijając się w nienaturalny sposób na wszystkie strony, jak od mieczy świetlnych w „Gwiezdnych wojnach”. Kto wie, może moja percepcja mnie zawiodła, może zadziałał jakiś byt nadprzyrodzony… W każdym razie sytuacja była przede wszystkim średnio bezpieczna. Pamiętajmy, że to nie jest prawdziwa wojna i naszym celem nie jest zabicie, czy zranienie drugiej osoby, nie walczymy też o życie, więc w większości przypadków agresja jest po prostu zbędna. Ach i przepraszam za niespójną edycję tekstu i gdzieniegdzie niepoprawną interpunkcję. Przyjazny dla użytkownika wmasg nie pozwala na edycję posta, a w edytorze wiadomości na telefonie, z którego pisałem, wszystko wyglądało git. Uważam, że tego wmasga to o kant d… potłuc i przydałaby się alternatywa.
  10. Dzień dobry! Skoro inni już zaczęli, a ja zostałem wywołany do tablicy, nie pozostaje mi nic innego, jak podzielić się także moimi przemyśleniami. Choć zaznaczam, iż będę nieco bardziej krytyczny niż przedmówcy ;). Będzie też długo, więc pewnie rozbiję wypowiedź na dwa posty. Administracjo, proszę o wyrozumiałość. Nie będę ukrywał, przecieki o „powstawaniu” gry opartej na RTCW, dotarły do mnie już jakiś czas temu i choć wiele założeń i elementów budziło moje obawy, z zaciekawieniem obserwowałem, przekuwanie pomysłu w grę. Na początku bardzo dziękuję organizacji, oraz wszystkim jej pomocnikom. Drodzy @Domin007, @Guzol1, @PolishPartizan,@Lolek2102, @Cortes, @arkusz86 ( jeśli kogoś pominąłem, to przepraszam). Zrobiliście kawał dobrej roboty, a postaranie i rozmach było czuć na każdym kroku. Już same karty postaci zostały przygotowane z pomysłem, w ciekawy sposób wiążąc wątki z gry ( materiału źródłowego), założeń larpa, oraz rzeczywistych wydarzeń na scenie ASH. Scenografia była rewelacyjna, zarówno wszystkie ozdoby, manuskrypty, skarby, a także oświetlenie i udźwiękowienie, jak i sam dobór miejscówki, zrobiły na mnie duże wrażenie i dalej jaram się na samą myśl o tym, co na „Mrocznym sekrecie” zobaczyłem i usłyszałem. Klimat był fantastyczny. I jeśli mam być szczery, mimo iż grę uważam za udaną, bardzo zazdroszczę jej Niemcom :). Czekam na następne części! Ukłony również dla wszystkich osób grających nasze nieumarłe straszydła. Szacunek Panowie! Bez Was to wydarzenie wiele by straciło, bardzo doceniam Wasze poświęcenie i zaangażowanie. Wyszło super! Dziękuję drużynie aliantów - sierżantowi Reidowi @daffi, oraz szeregowemu Gates’owi @Misiek360 za ich nieugiętą wolę i odwagę, nawet w najcięższych momentach. Dowodzenie Wami to czysta przyjemność! Wielkie dzięki także naszym naukowcom, w szczególności dr Hawke’owi @pete_asg za opatrywanie pod ostrzałem i uwiecznianie naszych zmagań na fotografiach, oraz prof Bruttenholmowi @Cortes za naprowadzanie nas na właściwy tor, gdy zaszła taka potrzeba. Jestem również wdzięczny Kręgowi z Krzyżowej, za wspieranie misji na tyle, na ile byli w stanie. Nim przejdę dalej, pragnę wyraźnie podkreślić dwie sprawy. Po pierwsze, do gry podchodziłem jako osoba, która materiał źródłowy zna dosyć dobrze, bowiem RTCW to nie tylko gra mojego dzieciństwa, ale również klasyk, do którego stosunkowo często wracam. Po drugie, podchodziłem do tego larpa z przeświadczeniem, że jest on tworzony dla strony niemieckiej i to oni ( wreszcie), będą jego głównymi bohaterami. Alianci zaś, są jedynie urozmaiceniem, postaciami pobocznymi. Nasze zadania były następujące : 1) Zameldować się u kierownika ekspedycji, profesora Bruttenholma. 2) W wyznaczonym miejscu nawiązać kontakt z dowódcą miejscowej komórki Kręgu z Krzyżowej, Ludwikiem Kesslerem i pozyskać informacje, które posiada. 3) Przemieścić się na miejsce prowizorycznego obozu, a następnie rozpoznać obiekt, zlokalizować miejsce wykopalisk, oraz wejście do katakumb. 4) Ustalić charakter i cel działań Dywizji Paranormalnej SS, oraz przechwycić dokumenty dotyczące operacji Rezurekcja. 5) Znalezione artefakty okultystyczne należy przekazać zespołowi naukowemu do dalszych badań. 6) Po wykonaniu zadania wycofać się do Wulfburga, w celu zdobycia środka transportu i wezwania samolotu. Ewakuacja z lotniska Paderborn – Lippstadt. Odlot samolotu: godz. 5:00. 7) Kluczowe jest skryte działanie – SS absolutnie nie może się zorientować o Waszej obecności w terenie i podnieść alarmu. Priorytetem był dla mnie punkt ostatni. Za wszelką cenę starałem się unikać wykrycia i konfrontacji, nie chciałem bowiem, żeby tak pieczołowicie przygotowana gra zmieniła się w prostackie bieganie i sianie kulkami. Nasze działania były więc ostrożne i niespieszne. Co z jednej strony nie zawsze spotykało się ze zrozumieniem, a z drugiej niestety skazywało ludzi na raczej nudne spacerowanie w tę i z powrotem, lub wręcz czekanie w obozie. Wysyłałem patrole, by rozpoznały teren, potem celem zlokalizowania obozu nieprzyjaciela, a następnie ( już z naukowcami i partyzantami, którzy znali niemiecki) aby podsłuchiwali o czym Niemcy rozmawiają podczas przechadzek, oraz w samym obiekcie. Wreszcie, zaczęliśmy też schodzić „na dół” i badać podziemia, które można było spenetrować, z racji na otwarte wejścia. W międzyczasie musieliśmy się zmierzyć między innymi z porażeniem sierżanta Reida przez pułapkę ( stracił w jego wyniku słuch - udało nam się go "odczarować"), a także kilkoma przypadkowymi spotkaniami z patrolami Niemieckimi, które udało nam się oszukać, lub po prostu się przed nimi schować, tak, jak robiliśmy to wcześniej. Odpuszczę sobie bardziej szczegółowy opis naszych działań, w każdym razie, udało nam się wykonać w zasadzie wszystkie zadania, poza punktem numer 4, którym zajęliśmy się tylko częściowo - podsłuchaliśmy bowiem nieco o operacji Rezurekcja, przejęliśmy od Kręgu dane wywiadowcze które rzucały na sprawę nieco więcej światła, natomiast próba infiltracji obozu badawczego nieprzyjaciela zakończyła się całkowitym fiaskiem i musieliśmy się wycofać, zostawiając jednego z naukowców. Po ostatniej, nieco już dramatycznej próbie wtargnięcia do krypty, lub/i obozu niemieckiego, zważywszy na wykrycie przez wroga, oraz narastającą nerwówkę ( przypadki samowolnego zapuszczania się w kierunku nieprzyjaciela, oraz przyjacielskiego ognia) zarządziłem ewakuację. Nie weszliśmy więc do samej krypty, ale nie takie było nasze zadanie, wejście zostało odnalezione. Teraz natomiast wejdę w tryb pana marudy. I zaznaczam, mój wpis nie ma na celu nikogo zdyskredytować, więc proszę się nie obrażać i nie brać poniższego do siebie. Warto uniknąć w przyszłości pewnych uchybień, lub niedociągnięć. „Mroczny sekret", uświadomił mi następujące problemy ( które od razu rozwinę, aby jeszcze bardziej nie wydłużać mojej wypowiedzi) : 1) Jeśli zabraknie jednej postaci kluczowej, lub jakaś postać/postacie kluczowe zagra/zagrają niezgodnie ze swoją rolą i wbrew celom, gra jest niemożliwa do przejścia wedle pierwotnych założeń. To jest dosyć szeroki problem, z którym musiałem się mierzyć na "Mrocznym sekrecie" kilkukrotnie. - Przede wszystkim, z powodów poważnego uszczerbku na zdrowiu, zabrakło nam Blazkowicza, który miał oprócz swojego znaczącego wkładu w możliwości OSA, być po naszej stronie modem, a co za tym idzie pilnować porządku i harmonijnego przebiegu gry. Niestety jego nieobecność, nie została w odpowiedni sposób "zrównoważona". - Większość naukowców po stronie alianckiej, nie była przygotowana do swojej roli. Nie jestem pewien czym było to spowodowane, nie doszukiwałbym się w tym czyjejkolwiek złej woli, albo innego typu partactwa. Niemniej jednak, nasz zespół naukowy, nie dosyć, że nie przygotował się merytorycznie, to jeszcze nie zapoznał się z zasadami gry, a mam też wątpliwości, czy niektórzy jego członkowie w ogóle przyswoili swoje karty postaci. W efekcie, "nasi jajogłowi" nie byli w stanie pod presją czasu ani zbadać materiałów które znaleźliśmy w podziemiach, ani rozwiązywać zagadek. Na ich usprawiedliwienie przypomnę jednak słowa szefa niemieckiego zespołu naukowego, który oznajmił, że i oni nie byli w stanie przerobić zbyt wiele materiału i jego treści, a mieli przecież o wiele lepsze warunki od nas i przede wszystkim nie musieli działać pod presją z obawy o wykrycie przez nieprzyjaciela. Skłaniam się tutaj do tego, co było wspomniane na odprawie po grze - organizator powinien albo przygotować "skrypt" z którego naukowcy mogliby przyswoić wiedzę, albo chociaż bardzo zawęzić listę zagadnień do przyswojenia. Z drugiej strony, chyba trzeba by przeprowadzać jakieś testy wiedzy i w wyniku zdobycia oceny niedostatecznej, wywalać delikwenta z jego roli. Wiem, że to być może zbyt dużo roboty dla orga i gracze, przygotowując się do swojej roli powinni sami posiąść odpowiednią wiedzę, niestety jednak, tak się nie dzieje i mieliśmy tego kilka przykładów, również na poprzednich larpach. Parafrazując antagonistę z pewnej gry komputerowej o odległych krzykach, powtarzanie w kółko tych samych akcji, dających te same efekty, licząc na uzyskanie innego, to już szaleństwo. Nie bądźmy szaleni. Tutaj nawołuje też, do rozsądnego przygotowywania się do swoich ról. Nie psujmy innym zabawy, przez własne lenistwo. - Nieco zdezorientowała mnie rola kierownika wyprawy. Z mojej karty postaci wynikało, że jestem dowódcą oddziału żołnierzy przydzielonych do OSA, wzbogaconego w pewnym momencie o członków Kręgu z Krzyżowej. Natomiast poza paroma wyjątkami, w praktyce to ja musiałem decydować o posunięciach wyprawy, miejscach które będą naszym celem i tak dalej, co de facto zrobiło ze mnie kierownika wyprawy. Nie jest to absolutnie żaden zarzut, ale gdybym miał ten fakt zaznaczony wyraźniej, pewnie nieco inaczej ( lepiej) bym się do takiego zadania przygotował. Chyba, że to ja źle zinterpretowałem moją kartę postaci, jeśli tak, posypuję głowę popiołem. 2) Duża część graczy ASH nie jest gotowa na larpy, a już z pewnością nie na tak ambitne. To jest myśl która powstała na podstawie doświadczeń również z poprzednich larpów. Po prostu wiele osób chyba nie rozumie idei "wcielania się" w daną rolę i tego, że na takich grach nie chodzi o strzelanie i zniszczenie przeciwnika za wszelką cenę. Kilka przykładów : - Postawa niektórych niemieckich żołnierzy, którzy chyba zapomnieli, że są w sercu Rzeszy, w roku 1943 i dosłownie pracują nad cudowną bronią, a zmasowany atak sił alianckich na ich pozycję jest niemożliwy. Choć to mogę akurat usprawiedliwić obecnością piekielnych istot. - Naukowcy (po obu stronach) nie chcący się dogadać, czy poddać, gotowi walczyć na śmierć i życie z każdym i ze wszystkim, dysponując umiejętnościami strzeleckimi, oraz taktycznymi lepszymi, niż niejeden komandos. Moi drodzy, kiedy wcielacie się w jakąś postać, która nie jest żołnierzem to chociaż byście byli niesamowitymi strzelcami i dowódcami "Gromu", wasza postać nie jest, a co za tym idzie, nie powinna z uśmiechem na twarzy rzucać się w wir walki. - Gdy głównym założeniem przebiegu gry danej strony, jest działanie w ukryciu, a cele polegają w zasadzie na cichej obserwacji nieprzyjaciela i rozpoznaniu, szukanie okazji do konfrontacji z wrogiem, jest niezgodne z ww założeniami. Moim zdaniem, w przyszłości należy takie wytyczne częściej i konkretniej podkreślać, a osoby które rwą się do bitki, niech po prostu zastanowią się nad tym, czy aby na pewno chcą w takim wydarzeniu uczestniczyć. 3) Zagadki, gdy są niezbędne do posunięcia fabuły/gry, nie powinny być nazbyt skomplikowane ani się wzajemnie blokować. - To jest też motyw z poprzednich larpów. Ja wiem, że życie nie jest sprawiedliwe, ale sytuacje, w których możliwość zrobienia czegoś przez jakieś osoby, jest zablokowana przez kogoś innego i nie wynika to ze złego zagrania, tylko po prostu z jakiejś prostolinijnej zależności, nie powinny mieć miejsca. Każda ścieżka, powinna mieć alternatywną odnogę, żeby nie było sytuacji, w której np cała strona ma zablokowaną grę, bo ktoś niezależnie od nich coś zrobił, albo nie przygotował się i nie może pchnąć gry dalej. - Jednocześnie, w moim przekonaniu, te zagadki nie były zbyt trudne. Po prostu wymagały przygotowania i zastanowienia się, a co za tym idzie były czasochłonne. Ja merytorycznie się nie przygotowałem, bo nie takie było moje zadanie. Natomiast faktycznie, cały czas czuliśmy presję i czaję, że mogły się wydawać za skomplikowane. - Tak czy inaczej, zagadki „główne”, czyli te pchające fabułę, może powinny być trochę łatwiejsze, żeby nikogo nie stopować, a te dodatkowe nieco ambitniejsze? 4) Ludzie pełniący rolę naukowców/pracowników cywilnych, nie powinni mieć dostępu do broni. - Powiązane z punktem numer 2. Naukowcy to naukowcy, cywile to cywile. Mają do zrobienia swoje zadania, które nie są związane stricte z walką, więc nie powinni mieć broni, bo wielu po prostu zbyt kusi, do jej użycia. I oczywiście wiem, że było to potrzebne, na wypadek spotkania z nieumarłym kolegą, ale cóż...od tego mają wojskową obstawę. A w razie czego, mogą salwować się ucieczką, w końcu są sprytni, prawda? Bywały sytuacje, w których naukowcy bardziej rwali się do walki, chwytając za narzędzia mordu takie jak granaty, niż wojskowi. 5) Brakowało mi "in game" przewodnika. - Nigdy nie byłem w tym forcie, nie znałem mapy i dysponowałem jedynie zdjęciami lotniczymi. Jednocześnie, mieliśmy dwóch miejscowych, którzy mieli bardzo mizerne pojęcie o tym, gdzie co jest. Okej, rozumiem, że wojsko mogło zamknąć teren, wiem, że miejscowi mogli omijać to miejsce, z uwagi na "mroczne legendy", ale kruci, serio? Mieszkać w okolicy przez całe życie i nie mieć pojęcia gdzie np kiedyś był kościół? O reszcie, co mi przyszło do głowy chyba już zapomniałem. Chciałbym jeszcze wspomnieć o jednej kwestii, mianowicie, o oszukiwaniu którego dopuścili się alianci, podczas penetracji podziemi. Niestety, ale coś takiego faktycznie miało miejsce, choć nie jestem pewien, w którym momencie. Tak się składa, że ja nikogo za rękę na oszukiwaniu nie złapałem, działałem bowiem wedle prostego schematu myślowego - ja byłem wojskowym, a od rozwiązywania zagadek, studiowania manuskryptów i skarbów, a także unikania pułapek, są naukowcy. Wobec czego to ich wysyłałem do otwierania przejść, badania pomieszczeń i tak dalej, mając pełne zaufanie, co do sposobu w jaki to robią. Nie będę zgrywał niewiniątka - po zapowiedziach dotyczących pułapek i zagadek faktycznie przeszło mi przez myśl, że coś za gładko idzie, ale widać byłem zbyt skupiony na innych sprawach. Niemniej jednak, niech nikt nie myśli, że wykręcam się od odpowiedzialności. Jako osoba odgrywająca i pełniąca na "Mrocznym sekrecie" rolę oficera, biorę to haniebne zachowanie na siebie i pragnę za ten proceder z pokorą przeprosić zarówno organizację i stronę niemiecką, jak i naszą grupę aliantów, bo mogłem być po prostu bardziej wnikliwy w ocenie sytuacji. I to by było na tyle. Nie zapraszam do dyskusji, bo są to moje totalnie subiektywne przemyślenia, ograniczone moją percepcją, z których nikt nie musi mi się tłumaczyć, ale jednocześnie, ja sam nie czuję się do tego zobowiązany. Mam jednak nadzieję, że ta ściana tekstu będzie przyczynkiem do refleksji. Do zobaczenia, mam nadzieję, w X-Labs :D!
  11. Okej, to brzmi jak super sprawa i aż dziwię się, że nikt na to wcześniej nie wpadł. W sumie chciałbym zobaczyć tego piata "w akcji" Niemniej jednak, organizacja się już w tym temacie wypowiadała i nie widzę sensu wymuszania i forsowania "czegoś", a potem pisania zasad pod to "coś", co wystąpi jednostkowo, na jednej grze i w zasadzie nie wiadomo czy w ogóle się pojawi. Widać chłopaki mają powód, dla którego nie chcą dopuścić takiego piata. Zawsze debiut tego narzędzia może być dopuszczony na innej grze, przez innych organizatorów. A poza tym, Panowie, to, że coś było "w praktyce" używanie w jakimś celu, nie do końca zgodnie z regulaminem, nie robi zeń z automatu narzędzia innego przeznaczenia. Wielokrotnie w przeszłości organizatorzy nie dopuszczali czegoś do gry, pomimo ewidencji na "takie czy inne" użytkowanie w praktyce ( dobrym przykładem jest tutaj strzelanie z MG "bez podparcia"). Nie robiłbym Mashowi na Overlordzie zjawiska pokroju Battlefielda V, skoro na innych grach wszyscy unikali "battlefieldowego podejścia" jak ognia. Szanujmy się, serio. Przede wszystkim jednak, organizatorzy gry ( w pliku z zasadami, w sekcji "zapisy") zaznaczyli, żeby w razie pytań, wątpliwości etc, kontaktować się bezpośrednio z nimi, za pośrednictwem poczty elektronicznej. Być może będą wrzucali jeszcze jakąś fabułę, być może nie chcieli zaśmiecać topicu gry? Nie wiem, ale sugerowałbym tej prośby nie ignorować, tak z czystej kultury i koleżeństwa.
  12. Dzień dobry! Po pierwsze, chciałbym podziękować organizacji - gra, mimo sporych problemów związanych z zasadam i komunikacją, odbyła się. Kwestia „historyczności” scenariusza pozostawia wątpliwości, ale fazy były mimo wszystko przemyślane, a org w trakcie samej gry pilnował, by wszystko szło tak, jak powinno. I mimo paru niejasnych sytuacji, swemu zadaniu podołał. Organizatorzy zapewnili pewną liczbę elementów scenerii - maszt i flagi, wieżę-bunkier, barkę desantową…Można dyskutować o ich trwałości, ale z całą pewnością robiły robotę, a chłopaki włożyli w to sporo serca i pracy. Super sprawa! Po drugie, również pragnę zwrócić uwagę, na rewelacyjną robotę graczy po stronie USA. Wszyscy mieli przemyślane, super stylówki. I jak widać da się zrobić grę, bez akrobacji mundurowych. W ogóle, jako dowódca chcę bardzo Wam chłopaki podziękować - oddział był zgrany i zdyscyplinowany. Kiedy trzeba było kopać, kopaliście, gdy trzeba było utrzymać pozycję, trzymaliście. Nie było żadnego pajacowania, żadnego gwiazdorzenia - stanowicie rewelacyjny zalążek sił amerykańskich na Pacyfik i weterani powinni się od Was uczyć. Prowadzenie Was to była czysta przyjemność i zaszczyt. Mam nadzieję, że bawiliście się równie dobrze, jak ja. Japończykom natomiast dziękuję za odwagę, upór i uczciwą walkę. Na oklaski zasługuje też BARDZO wysoki poziom kultury na grze. Nie było terminatorki, łamania zasad. Dosłownie dwa kwasy, które zostały wyjaśnione NATYCHMIAST. Rewelacja Panowie! Tomo, dziękuje nie tylko za zorganizowanie „Bitwy o Bataan”, ale również za to, że podszedłeś do sprawy z głową, byłeś otwarty na sugestie i rady innych. Forumowi filozofowie, powinni z Ciebie brać przykład. Gratulacje i pamiętaj, że w przyszłości możesz liczyć na wsparcie
  13. Strona amerykańska dalej nie ma sanitariusza. Bardzo bym prosił, aby ktoś się jednak zgłosił. Obiecuję, że jeśli takowy się nie znajdzie, to bezpardonowo wybiorę ochotnika na odprawie przed grą, a od mojej decyzji nie będzie odwołania!
  14. I w praktyce potem są płacze, że każda gra ma inne zasady i ktoś musi specjalnie modyfikować replikę, żeby mógł nią zagrać, a w skrajnych wypadkach wręcz ogarniać sobie szpej. Taki stan rzeczy odbija się więc na frekwencji, ale także na znajomości zasad w polu. A raczej ich nieznajomości, co jest idealnym gruntem pod kwasy na grach. Okej, plastikowa kulka nie ma balistyki pocisku, czaję. Ale nie powinno to być powodem, dla wspierania dosłownego zasypywania ludzi kompozytem. Druga kwestia, jak to nie ma problemu z pm? Dosłownie na KAŻDEJ grze jest płacz jednej, albo drugiej strony, na ilość pmów. Żeby daleko nie szukać, na organizowanej przez Ciebie "Anconie" (gdzie sam grałem z thompsonem, żeby nie było). Na "Linii Mareth" atakujący siły US Niemcy/Włosi mieli więcej pistoletów maszynowych, niż ja miałem ludzi. Ale do pmów się odniosę dalej. Co do wagi KM, no Panowie... Jak komuś za ciężko, to niech z tym po prostu nie gra! Są na rynku dostępne niedrogie czterotakty. Jeśli komuś za trudno, czy ciężko, może warto rozważyć granie jako zwyczajny G.I., Tommy czy inny Jerry, z karabinem, a nie komandos wilk alpha male? Nie, to nie jest mało. To jest tyle, ile być powinno. Pm'y już dostatecznie długo niszczyły gry ludziom, którzy mają trochę większe ambicje niż thompson za 300zł. Jak ktoś chce być "szturmowcem" z pm, to niech robi to z głową. Bo zazwyczaj pmy prują jak upośledzone, wykorzystując błyskawicznie swoje limity, co z kolei doprowadza do łamania zasad ( przez doładowywanie się poza limitem), albo wyczerpuje ammo drużyny ( i przestańmy wreszcie udawać, że coś takiego nie ma miejsca, po obydwu stronach). Jak mu się skończy ammo, niech weźmie od kolegi. Albo przestanie siać jak opętany. Jak chcesz grać z pm, to dobiegaj do przeciwnika i oddawaj celne serie, albo chociaż współpracuj z drużyną, a nie lataj po mapie jak kot z pęcherzem i siej naokoło kulkami ( patrz pewne przypadki pod "Dieppe"). Pmy powinny być limitowane, mieć limitowaną moc i limitowany zapas amunicji. Zero kompromisów. W ogóle, przestańmy się bać sytuacji, w której komuś kończy się amunicja. Nie grałeś z głową znając zasady? Trudno, będziesz robił za tłum/zasłonę dla swoich kolegów, którzy mają przez Ciebie trudniej. Nie będzie respektu i realizmu tak długo, jak długo pm będzie mógł wywalić tyle samo ammo i tak samo daleko, przy bardziej "kompaktowych" rozmiarach. I to był pierwszy w historii ash sensowny i wprowadzony w życie pomysł na zbalansowanie STG. To jest optymalne połączenie realizmu (choć umownego) z naturą airsoftu. Chłopaki z MASH, zamiast miesiącami prowadzić bezowocne dyskusje z cyklu "co by było gdyby" na forum, jak to robi i robiło wielu "filozofów ash" (do których to oczywiście się zaliczam), zebrali opinie środowiska, przysiedli i zrobili kawał dobrej roboty tworząc jednolite i przede wszystkim grywalne zasady. A najlepszym dowodem na ich sensowność i grywalność, są bardzo dobre opinie o ich grze i praktyczny brak kwasów. Panowie, środowisko powoli nam umiera, trzeba się zastanowić co zrobić, żeby to ash podnieść, a nie z betonową głową trzymać się starego, albo w nieskończoność filozofować "co trzeba zrobić", udając, że problemów nie ma. Ostatecznie organizatorzy organizują gry dla środowiska, a nie dla własnego kaprysu. I to przede wszystkim dobrem społeczności ashowej powinni się kierować, a nie swoimi zachciankami i "widzi mi się". Jeszcze trochę i dojdzie do sytuacji, że na jednej grze rocznie, będzie się strzelało pięciu typów na krzyż.
  15. Czy jako dowódca strony amerykańskiej, mogę dostać na priv ( jeśli to top secret) zdjęcie tej wieży? Bo trochę się zaczynam gubić, czym ten element w ogóle będzie i jakie będą jego możliwości. Drugie pytanie...Czy będzie grał "drut kolczasty", w postaci sznurka ( tak jak na "Linii Mareth") przytwierdzonego do palików? Trzecie pytanie, czy wieża "Panthersturm" będzie możliwa do przejęcia przez przeciwnika?
  16. Czytam posty przedmówców i przecieram oczy ze zdumienia. Moi drodzy, co się stało na przestrzeni tych dosłownie dwóch-trzech lat, że ze środowiska transparentnego i dosyć zżytego, gdzie obowiązywały zasady i obyczaje, a także dżentelmeńskie umowy, wyrosło tyle chamstwa i buractwa? Wish, ja co prawda nie lubię piętnowania kogokolwiek, ale skoro jest to sytuacja powtarzająca się, to chyba nie ma innego wyjścia i trzeba ten proceder wreszcie ukrócić. Każdy gracz, który zgłasza się i przyjeżdża na gry, jednocześnie zgadza się na jej zasady, podane w pierwszym poście. Co prawda tych bardziej oczywistych zazwyczaj nie ma, ale serio - czy dla kogokolwiek nie jest oczywistym, że termoska jest zjawiskiem nieporządnym, a przyznawanie się do trafienia, jest tak naprawdę fundamentem airsoftu w ogóle? Być może jednak trzeba w zasadach zacząć określać, co się dzieje w momencie trafienia kulką, bo nie dla wszystkich jest to proste do zrozumienia. Dodatkowo, sytuacja w której koledzy z oddziału, oraz sam dowódca oddziału, nie reagują na wyraźne łamanie zasad przez gracza, jest kuriozalna. Chłopaki, bawimy się w wojsko - tylko tyle i aż tyle. Prowadzenie ludzi, to przede wszystkim gotowość do brania odpowiedzialności. Również za ogólną kulturę gry. Podpisuje się pod tym wszystkimi członkami. Tak.
  17. Proszę o jednoznaczne rozwianie wątpliwości, bo "minimalna koszerność" to termin nieco lakoniczny. Przede wszystkim, hełmy M1 - grają czy nie? Jak przyjadę w takim, to nie dopuścicie mnie do gry? Druga sprawa - mundury. Czy musztardowe/brązowe/khaki spodnie, koszula i "opinacze" łapią się w "minimalną koszerność"? Czy dopuszczacie szelki i haversacki? Dominiku, jeśli będzie więcej gier "wczesnych" na Pacyfiku, to będzie można się zastanowić nad "koszerniejszą" stylówką. W tym momencie nie uważam, aby jedna gra od wielkiego dzwonu ( w takich realiach), była wystarczającym argumentem i motywacją, do kupna hełmu, czy czegokolwiek innego. Ja osobiście nie widzę w moim życiu ( na ten moment), przestrzeni na herbatę, ani na wczesne hamburgery ;). A na gry pacyficzne 1944-1945 ubrałbym na mój M1 pokrowiec. We frog skinie ofc ;).
  18. Japonia: 1. Bazyl, dowódca 2. Lolek2102, strzelec 3. BartoRomeo, strzelec 4. Dimitrij, strzelec 5. Domino, sanitariusz 6. Cortes, strzelec 7. Arkusz, strzelec 8. Bullet, strzelec USA: 1. PolishPartizan, US Navy, strzelec 2. Filip, US Army, strzelec 3. Jogurt, US Army, strzelec 4. Sikor, US Navy, strzelec 5. Buła, US Army, strzelec 6. DBWRESERVE,US Army, strzelec 7. John Wade, US Army, dowódca 8. Guzol, US Army, strzelec (zaklepuję podoficera) 9. Andy Anderson, US Army, strzelec Dominiku, znasz moje zdanie - dla mnie bomba :).
  19. Japonia: 1. Bazyl, dowódca 2. Lolek2102, strzelec 3. BartoRomeo, strzelec 4. Dimitrij, strzelec 5. Domino, sanitariusz 6. Cortes, strzelec 7. Arkusz, strzelec 8. Bullet, strzelec USA: 1. PolishPartizan, US Navy, strzelec 2. Filip, US Army, strzelec 3. Jogurt, US Army, strzelec 4. Sikor, US Navy, strzelec 5. Buła, US Army, strzelec 6. DBWRESERVE,US Army, strzelec 7. John Wade, US Army, dowódca Dominiku, ja bym poszedł jeszcze dalej. Niech dowódcy mają dostęp tylko do pistoletów. Wszak ich zadaniem jest dowodzenie, a nie pchanie się do walki ;). Podobnie z sanitariuszem. Co się tyczy mundurów amerykańskich, zgadzam się z Dominem i Guzolem. Akurat hełmy M1 bym dopuścił, ale serio Panowie, większość z Was ma musztardowe koszule, będzie ciepło. Zdejmijcie górę, wypuście spodnie z corcoranów - albo w ogóle kupcie jakieś piaskowe spodnie w lumpie, to nie jest niewiadomo jaki koszt, a będzie wyglądało fajnie i autentyczniej.
  20. Chwilę się zastanawiałem, czy warto dołączyć do dyskusji, ale co mi tam - wsadzę kij w mrowisko. Nie będę opisywał przebiegu gry, bo zapewne ktoś to zrobi lepiej ode mnie. Ograniczę się jedynie do moich subiektywnych przemyśleń. Przede wszystkim, bardzo dziękuję @Vlad za zorganizowanie "Ankony". Bawiłem się super, wyszła z tego bardzo fajna ( jeszcze) letnia sobota. Nie będę ukrywał, brakowało mi ostatnio takich zwykłych, bitewnych strzelanek z prostym ( ale nie prostackim) scenariuszem. Następnie, moje podziękowania kieruję ku : @Guzol1 i @KubaJozefek za rewelacyjną robotę którą robiliście jako podoficerowie. Sikorowi, Młodemu i Ptaszkowi, ( z jakiegoś powodu nie mogę Was oznaczyć) za bycie naszymi oczami i uszami, naszemu sanitariuszowi, którego nicku na wmasg niestety nie znam, za sumienne i skuteczne wykonywanie swojej roli. I bardziej już ogólnie : Stronie amerykańskiej za sumienne wykonywanie rozkazów, które starałem się wydawać na tyle ostrożnie, aby nie narażać życia moich ludzi, ale na tyle zdecydowanie, by wykonać powierzone nam zadania. Panowie, piszę to z pełną świadomością, współpraca z Wami podczas "Linii gotów - Ankony" to była sama przyjemność. Stronie brytyjskiej, za odciążanie nas po agresywnych manewrach i wspieraniu tychże ( zwłaszcza w drugiej fazie, po prawie nieustannym bieganiu w pierwszej, potrzebowaliśmy chwili wytchnienia). Wreszcie, stronie niemieckiej, za zdecydowany i odważny opór, pomysłowe maskowanie, eleganckie pozycje obronne, w ogóle za twardą i dynamiczną postawę, która jak się okazało, dała Wam zwycięstwo. Serdecznie Wam gratuluję! Tradycyjnie dla naszego środowiska zostawiwszy kwestie sporne do przedyskutowania na forum, z przykrością muszę przejść do mniej przyjemnych spraw, bo kilka kwasów się niestety pojawiło. 1) Sprawa czerwonych szmat, okrzyków, gestów i innych kwestii "okołotrafieniowych". - Panowie, mimo historycznej otoczki, to w dalszym ciągu jest airsoft. Są pewne zasady dotyczące zachowania, po byciu trafionym, które zapewne każdy z nas zna, a przynajmniej znać powinien. W dużym skrócie, po otrzymaniu trafienia, krzyczymy "dostałem" i wyciągamy "znacznik trafionego" ( kamizelkę, czerwoną szmatę), jeśli tego nie mamy bo zgubiliśmy, lub wyciągniecie jej zajmuje nam nieco dłużej, podnosimy ręce/ ręce z repliką do góry i czym prędzej kończymy wspomnianą czynność. - Bardzo fajnie, że sobie rekonstruujecie pewne zachowania i komunikację niewerbalną, ale to jest airsoft, a nie rekonstrukcja/film/wojna. Spotkałem się na tej grze, a z opowieści innych wiem, że nie jestem w tym odosobniony, z sytuacją kiedy jeden z graczy strony niemieckiej stoi i mając replikę uniesioną do góry ogląda się dookoła, jakby reagując na to, że mam go na muszce. O ile dobrze wiem, przekazujecie sobie w ten sposób info, o zajęciu terenu. Fajnie, tylko jednocześnie wprowadzacie w błąd graczy strony przeciwnej, a co za tym idzie, wasi koledzy którzy wykonają analogiczny znak w geście oznajmienia otrzymania trafienia, będą " na wszelki wypadek ostrzeliwani dalej, bo zachowanie to będzie odbierane dwuznacznie. - Wielkość szmat - serio, czerwone stringi Waszej dziewczyny/żony/kochanki/ chłopaka , albo tasiemka/ skrawek materiału 4cmx4cm nie są wystarczającym znacznikiem, zwłaszcza jak macie na sobie kamuflaż i przyczepicie to sobie na nadgarstku, nodze czy w innym mało widocznym miejscu, siedząc jeszcze w krzakach czy innym rowie albo okopie. Tego po prostu nie widać i nie dosyć, że wprowadzacie kolegów ze strony przeciwnej w błąd, to jeszcze narażacie się na niepotrzebne niebezpieczeństwo zostania trafionym. I tutaj apel do orgów - sprawdzajcie przed wyjściem na pole gry znaczniki trafienia którymi dysponują gracze i delikwentów którzy tego nie mają, po prostu nie wpuszczajcie na teren gry. Kamizelka odblaskowa na stacji benzynowej to nie jest ogromny wydatek. - Zachowanie trupów. Na "Ankonie", bywały takie sytuacje, że za trupami był gracz, który się z nami ostrzeliwał, w efekcie czego jego "martwi towarzysze" doznawali obrażeń i bardzo się z tego powodu oburzali. I działo się tak po obu stronach frontu. Apeluję do wszystkich! Jeśli nie chcecie być na linii strzału, to po prostu się przeturlajcie, albo wstańcie i przejdźcie kawałek, żeby nie być na linii strzału, a nie palicie głupa i udajecie ciężko pokrzywdzonych. I przyznaje się bez bicia, rozgoryczony częstotliwością występowania tego zjawiska, z premedytacją schowałem się za niemieckimi trupami, które zbierały trafienia od swoich. Powtarzam więc! Jeśli martwi nie chcą obrywać, niech się po prostu ten metr w jedną czy w drugą stronę przesuną. - Temat termoszenia jak zwykle ciężki, bo za chwilę się zacznie przerzucanie kto, kiedy i bardziej. Każdemu się zdarza. Natomiast na "Ankonie" były przypadki ewidentnych terminatorów i nawet złapanie osób, których nie będę wskazywał palcem, za rękę nie pomogło. I to nie jest kwestia na zasadzie "wydaje mi się, że trafiłem" - to była walka na krótkim dystansie, gdzie kilka osób strzelało do jednego jegomościa, typ ewidentnie czuł, że dostaje i dopiero gęsta seria w okolice głowy sprawiła, że przestał do nas strzelać, ale dalej nie wyciągnął szmaty. Widać zadziałała fizyka czarnej dziury, albo magia. Przy próbie zwrócenia uwagi, panowie udawali, że nie znają języka polskiego i jeszcze dostałem postrzał, mimo ubranej szmaty. Koledzy, szanujmy się, serio. Ja zwracam uwagę swoim ludziom, jeśli widzę że otrzymali trafienie a nie wyciągają szmaty. 2) Kwestie organizacyjne. - Przede wszystkim, oznaczenie pola gry i obiektów. Nie wiem, może jestem niespełna rozumu, ale uważam, że o ile lotnisko było oznaczone bardzo fajnie, o tyle lokalizacja portu była dla mnie bardzo nieczytelna, podobnie jak linia brzegowa. Dodatkowo, już w trakcie gry ( po zdobyciu lotniska) dowiedziałem się, że możemy wychodzić dalej w las, niż było to ustalone pierwotnie. Takie aktualizacje powinny zostać przypomniane na odprawie przed grą. Sugeruję te elementy poprawić w przyszłości. - Rozbieżność zadań. Doceniam podejście typu "obie strony wygrywają" i punktowanie pewnych zachowań taktycznych, manewrów etc, ale niestety w ASH niejednokrotnie widzieliśmy, że to nie przechodzi. Niestety, większość graczy przychodzi "wygrać" a nie się bawić i rozliczanie faz na zasadzie " tutaj nie wygrał nikt bo jedna strona zrobiła to i to, a druga to i to" po prostu nie ma sensu, chyba, że scenariusz z góry zakłada wygraną obu stron ( patrz "linia Mareth"). Ja do końca drugiej fazy żyłem w przekonaniu, że wygrywamy, bo wykonywałem wraz ze stroną amerykańską praktycznie każdy cel jaki otrzymałem. Ba! Po zdobyciu lotniska, wręcz miałem takie poczucie niesprawiedliwości, bo czułem jakby to była tzw "gra pod aliantów" a Niemcy z góry mają się wycofywać i oddawać nam pole. Okazało się, że część sił niemieckich broniła pozycji 162, o której my, to jest amerykanie nie do końca wiedzieliśmy, iż mamy ją atakować, bo dostaliśmy zadanie zdobycia wzgórza 173 i tym samym zamknięcia nieprzyjaciela w kotle, co miało nam dać zwycięstwo. Ofc ostatecznie nie dało.| Tutaj niestety muszę się zgodzić z @Meister. Co do ilości automatów... Nie wiem, faktycznie wyjątkowo strona amerykańska była nieco silniej nasycona bronią automatyczną - ja sam pierwszy raz od bodaj dwóch, czy trzech lat wystąpiłem z thompsonem. Jednak wydaje mi się, że ostatecznie po obu stronach nasycenie bronią automatyczną było podobne, może z przewagą jednego czy dwóch thompsonów po stronie alianckiej. Pragnę jednak przypomnieć, że my atakowaliśmy. Moi drodzy, wybaczcie mi proszę ten nieco terrorystyczny ton i fakt, że jak zwykle jestem niszczycielem dobrej zabawy, pogromcą uśmiechów. Powyższy post nie ma na celu obrażenia kogokolwiek, a jedynie zwrócenie uwagi na pewne mankamenty, które będzie można łatwo naprawić w przyszłości. Pamiętajcie, że ostatecznie to wszyscy gramy do jednej bramki jako społeczność ash i powinniśmy wspólnie dbać o dobrą atmosferę i wysoką jakość gier. Jeszcze raz, wielkie dzięki, super było się z Wami wszystkimi zobaczyć Panowie! Do następnego!
  21. Nie, nie wyglądałby lepiej. Wyglądałby dokładnie tak, jak na froncie wschodnim. Toż lepiej założyć biały podkoszulek i spodnie hbt. Będzie to miało więcej wspólnego z Pacyfikiem xD. Organizatorze, może warto stworzyć wydarzenie na fb?
  22. A już chciałem zgłosić naszą trójkę ;_;...
  23. Pozdrowienia z Afryki północnej xD. Nie widzę w zasadach klasy snajpera. Czy to oznacza, że organizacja nie przewiduje takowych, czy wręcz przeciwnie i nie będzie to w żaden sposób limitowane? A może jestem niespełna rozumu i nie widzę? W każdym razie, zgłoszenie poszło, do boju Panowie!
  24. Dobrze napisane. Wprawdzie jestem raczej zwolennikiem filozofii "wygrał ten, kto się dobrze bawił", ale nigdy nie uda się wyrzucić z ash tego pierwiastka rywalizacji. W każdym razie, żeby wszyscy mieli jasność, oddział amerykański wykonał wszystkie cele, zarówno główne jak i dodatkowe. Postawiliśmy miny ( po rozminowaniu przez przeciwnika wykorzystaliśmy resztki dostępnych min i zrobiliśmy to ponownie), umocniliśmy się w pobliżu Wadi Faid ( po straceniu tej pozycji szybko ją odbiliśmy, a w momencie zakończenia gry, choć Oś była o włos od wyparcia nas z okopów, na pozycjach dalej było przynajmniej dwóch amerykanów), ewakuowaliśmy radiostację i kody z Maknassy i wreszcie, staraliśmy się wspierać atakujących z drugiej strony Brytyjczyków, a ostatecznie się z nimi spotkaliśmy. Jankesi nie zaatakowali, bo nie mieli takiego zadania. Naszym głównym celem, było utrzymanie pozycji umocnionej przy Wadi Faid i to zadanie wykonywaliśmy. Przez całą grę dysponowaliśmy maksymalnie dziesięcioma ludźmi ( choć często ktoś wędrował do samochodu, coś się działo z repliką lub inne tego typu problemy, w skrajnym przypadku na pozycji było nas czterech, ale przez połowę gry ośmiu). W myśl amerykańskiej filozofii ludzie - zadanie - sprzęt, nie widziałem sensu w organizowaniu wypadów, by stracić amunicję i bardzo szczupłych zasobów ludzkich, do bezsensownych ataków na przeciwnika który był liczniejszy, miał przewagę ognia i dysponował umocnioną pozycją, na stosunkowo wąskim froncie. W każdym razie, to raczej my mieliśmy kupę śmiechu, z nieporadnych prób podejścia na nasze flanki i bierności przeciwnika ;).
  25. Marzec 1943 Mimo wyhamowania marszu na Tunis, a także niedawnych przykrych doświadczeń zarówno w tym rejonie, jaki i przełęczy Kasserine dowództwo II Korpusu zadecydowało o powrocie sił amerykańskich w pobliże osady Sidi Bou Zid, by wesprzeć nacierające od południa wojska brytyjskie. Nasz oddział został wysłany jako forpoczta wspomnianego już II korpusu. Celem stało się stworzenie umocnień niedaleko Wadi Faid, a także, o ile będzie to możliwe, odzyskanie sprzętu radiowego i danych porzuconych przy okazji lutowego odwrotu w oazie Maknassy. Niestety wojennego szczęścia brakowało nam od samego początku operacji. Nie dosyć że przez ciężkie warunki pogodowe pojawiliśmy się w obszarze operacyjnym później niż zakładaliśmy, to burze piaskowe uniemożliwiły części naszych sił dotarcie na pole bitwy. Mimo braków w sprzęcie i personelu, podjęliśmy próbę wykonania zadania. W oczekiwaniu na przybycie reszty oddziałów, zbudowaliśmy niewielką, lecz silnie umocnioną pozycję obronną przy Wadi Faid, dodatkowo ustawiając od czoła pole minowe. Prawą flankę zabezpieczyliśmy drutem kolczastym, lewą natomiast zostawiliśmy w opiece siłom natury. Jak bowiem donosili zwiadowcy, znajdowały się tam bagna, które uniemożliwiały przedostanie się przezeń komukolwiek, a już napewno nie w taki sposób, by uszło to naszej uwadze. Szybko wysłałem doborową drużynę do Maknassy, by odzyskali tajemne kody i sprzęt. To przedsięwzięcie zakończyło się pełnym sukcesem bez jakichkolwiek strat. Tymczasem nieprzyjaciel począł sporadycznie pojawiać się w zasięgu naszego wzroku, co wzbudzało niepokój, zapowiadając mające nastąpić wkrótce uderzenie. Mimo wielu prób, niestety nie udało nam się nawiązać kontaktu radiowego z Brytyjczykami. Z czasem, ruchy wojsk niemieckich poczęły być bardziej zuchwałe. Przeciwnik podchodził coraz bliżej naszych okopów, by w końcu otwarcie na nas uderzyć. Niestety, los jakby z nas zadrwił - niewielka grupa którą wyznaczyłem do osłony wspomnianego wcześniej bagna, została porażona przez jakąś plagę rodem ze starego testamentu, przez co część żołnierzy krótkotrwale oślepła, a inni nie mogli korzystać ze swojej broni, gdyż w nieznanych okolicznościach uległa uszkodzeniu. Musieliśmy odesłać ich na tyły. Właśnie w tym momencie uderzyli w nas Włosi, prawdopodobnie elitarni komandosi, którzy pomimo tych nieludzkich warunków, zdołali przebyć bagno i wspólnie z nękającymi nas harcownikami niemieckimi, zająć Wadi Faid. Jak się potem okazało, dopuścili się w tym miejscu kilku zbrodni, znęcając się nad rannymi żołnierzami amerykańskimi. Historia osądzi tych niegodziwców ! Resztkami sił wycofaliśmy się i zajęliśmy prowizoryczne pozycje niedaleko El Guettar. Ponownie nieprzyjaciel począł nas nękać na flankach. Jednakże tym razem, to my skierowaliśmy oddział śmiałków przez bagna, by przypuścił atak na nasze dawne pozycje. Jednocześnie grupa naszych harcowników potykała się z oddziałami nieprzyjaciela przy Sidi Bou Zid i pokonawszy go, ruszyła do przodu w kierunku straconych umocnień. Przy wsparciu ataku od strony bagien i świeżych odwodów z El Guettar zostały one wyczyszczone z sił wroga i ponownie wpadły w nasze ręce. Wykorzystując sprzyjającą sytuację, zostawiłem przy Wadi Faid szczątkowy garnizon, który miał dokonać szybkiego remontu struktur obronnych, a sam na czele grupy szturmowej ruszyłem w stronę domniemanej bazy wypadowej sił osi. Zdołaliśmy nawiązać krótkotrwały kontakt z siłami brytyjskimi, od których odciągnęliśmy uwagę, jednak nieprzyjaciel miał miażdżącą przewagę, zarówno pod względem liczebności jak i siły ognia. Musieliśmy się wycofać do Wadi Faid, ponosząc przy tym ciężkie straty. Całe szczęście, garnizon zdołał ponownie zaminować teren i naprawić fortyfikacje, dzięki czemu uniknęliśmy całkowitego rozbicia. Następnie odparliśmy jeszcze kilka ataków, z których przynajmniej jeden był bliski ponownego wyparcia nas z obszaru umocnionego. Jak się potem okazało, były to działania które miały odwrócić naszą uwagę od głównego uderzenia, przeprowadzonego potężnymi siłami na naszej prawej flance, w Sidi Bou Zid. Harcownicy którym nakazałem patrolować ten rejon, zostali zmiażdżeni, lecz nieprzyjaciel zamiast zamknąć nas w kleszcze i rozbić, gnał naprzód. Ze względu na moje rozkazu, oraz fatalny stan ( zarówno liczebny jak i materiałowy) podległych mi oddziałów, postanowiłem pozostać na pozycji i zaniechać pościgu. W późniejszym czasie doszło do spotkania z Brytyjczykami, bez jakiegokolwiek kontaktu z wojskami niemieckimi lub włoskimi. Tyle ode mnie, bardzo dziękuje organizatorom i wszystkim osobom dzięki którym gra mogła się odbyć. Wyrazy wdzięczności również dla Marcina, który wyprodukował na moją prośbę pamiątkowe breloki. Wreszcie, wielkie dzięki dla WSZYSTKICH graczy, zarówno amerykańskich którymi to przyszło mi dowodzić, jak i Niemcom, chylę czoła za wyzwanie którym niewątpliwie było ścieranie się z wami. Natomiast bardzo nie dziękuję wszystkim amerykanom, którzy nie raczyli zgłosić swojej nieobecności odpowiednio wcześniej, czym uniemożliwili wykonanie planu operacyjnego i w pewnych aspektach wydatnie utrudnili płynną i przyjemną grę innym amerykańskim kolegom, psując tym samym zabawę. Choć zdecydowanie Linia Mareth nie zajmie wysokiego miejsca w moim prywatnym rankingu gier ash, to bawiłem się bardzo dobrze, a teren jest piękny i ciekawy. Na dobrą sprawę mam tylko jedną uwagę/zastrzeżenie - następnym razem bardzo proszę o zaznaczenie taśmą lub znakami terenów wyłączonych z gry, co by ograniczyć kwasy w jej trakcie ;). Do następnego!
×
×
  • Create New...